RSS
piątek, 26 lipca 2013

- Mamo, możemy już iść na plac zabaw?

- Jasne, a śniadanie zjedzone?

- Oj mamo!

- Dobra, paszli, tylko nie leźć mi nigdzie dalej, bo zbieramy się na plażę. Tylko niech ojciec wstanie, to Was zgarniemy po drodze.

Ela ogarnęła wzrokiem pobojowisko, jakie zostawiły jej dzieci w niedużym saloniku wynajętego domku letniskowego. Niebieskie majtki Tomka centralnie na środku kanapy, zielony kapelusz Asi pod krzesłem, jakiś samotny klapek łypiący zza fotela i łyżeczka centralnie na środku dywanu. Bosko…

Zabrała się do sprzątania, nucąc pod nosem jakąś kretyńską melodię z reklamy, która prześladowała ja już drugi dzień. Wreszcie urlop! Jak ona tego potrzebowała. Jako pełnoetatowa matka najlepiej wiedziała, jak strasznie potrafi zmęczyć utrzymywanie domu na odpowiednim poziomie. No i dzieci oczywiście. Też, a jakże. Wywiadówki, zajęcia dodatkowe, kinderbale, srale i wycieczki do zoo. No i sprzątanie – Maciek nie chciał, żeby obca baba kręciła się po ich domu. Ani po ogrodzie. Ani, żeby prasowała mu koszule.

A Maciek wciąż śpi.

Właściwie nie była to prawda, bo Maciek, jej mąż, wcale nie spał, ale ostatnią rzeczą na którą miał ochotę było zejście na dół i śniadaniowanie w towarzystwie żony. Ostatnio nie mógł na nią patrzeć. Nic tylko rachunki, kosmetyczki, nowe kremy antycellulitowe, zielone szkoły i stopnie Tomka. Bosz, ileż można w kółko o tym samym. Politykę miała w dupie, nie wiedziała kto jest premierem, o przewodniczącym Komisji Europejskiej nawet nie wspomniawszy. Kryzys światowy kojarzyła głównie z tego, że padały jej ulubione małe sklepy, ewentualnie nie starczało zaskórniaków i musiała go prosić o jeszcze więcej pieniędzy. Na przyjemności, bo niby na co? Żyła w bańce mydlanej, świata bez problemów. Koleżaneczki, lunche w najmodniejszych knajpach i prostowanie włosów keratyną za tygodniowy budżet normalnej rodziny.

Przekręcił się w pachnącej pościeli i spojrzał w okno. Jakieś zwierzę, prawdopodobnie ptasiej proweniencji świergotało zajadle, jakieś badyle pachniały upojnie, chmurki radośnie wełnistne snuły się gdzieniegdzie po niebie i było tak przeraźliwie optymistycznie, że sam nie wiedział – śmiać się czy płakać. Gdyby tu była… No ale jej nie było, więc nie pogadają o potencjalnych zwrotach akcji w polityce ekonomicznej PO i kolegi Vincenta, więc nie ma co o tym myśleć. Nie ma, więc przed nim perspektywa rybki w smażalni, wilgotnego koca i cudzych dzieci sypiących mu piasek na łeb. Oraz małżony trajkoczącej nad uchem o tym, jakie wszystko jest piękne – od kamyczka – po psią kupę, jakby sam oczu nie miał i trzeba mu było opowiadać, co widzi.

- Maciuś? Maciuś? Wstawaj, śniadanie Ci zrobiłam i spakowałam nas na plażę.

Ela cichutko wsnuła się do pokoju. Uśmiechała się delikatnie, przepełniona radością ze wspólnego urlopu. Będzie czas dla siebie, dla rodziny, Maciek już nie będzie taki zapracowany, z telefonem w jednej, laptopem w drugiej i – gdyby się dało- tabletem w trzeciej ręce. Będzie wspaniale!

Maciek omiótł ją wzrokiem i niechętnie poczuł się dumny. Nie chciał, słowo, ale się poczuł, bo faktycznie Ela umiała o siebie zadbać. No cóż, w końcu tym się głównie zajmowała, więc musiała dojść do perfekcji… Zwiewna sukienka w kwiatowy deseń, sandałki z paseczków, ciężkie włosy spięte w jakieś motadło, no ładnie, ładnie. Drogo, ale ładnie. Można się z nią pokazać.

Maciek starannie nie zwracał uwagi na lekko przelękniony wyraz twarzy żony, na delikatne zmarszczki, które zmartwienia zostawiły wokół jej oczu, ani nie słyszał nutki nadziei w głosie. Nie słyszał i już!

Ostentacyjnie niechętnie wlókł się z łóżka, cmoknął ja obowiązkowo w czoło i zniknął w łazience.

W akompaniamencie szumów, plusków i rżeń dochodzących z łazienki Ela pościeliła łóżko, wygładziła narzutę, złożyła wczorajsze ubrania Maćka i schowała je do prania. Wyjęła kąpielówki, lniane spodnie, które wczoraj uprasowała i jasną koszulkę od Tommiego Hilfingera – zostawiając wszystko mężowi na łóżku.

- Na stole? – zapytał krótko Maciek wyłoniwszy się z łazienki.

- Tak. Herbata czy kawa?

- Elaaa… Herbata oczywiście, w końcu jesteśmy na urlopie, nie potrzebuję się podkręcać, tylko wyciszać chyba, nie?

- Jasne, jasne, już robię. Tu masz ciuchy. Czekam na dole.

Zniknęła zamiótłszy spódnicą, a Maciek z westchnieniem zaczął się ubierać. Już był niezadowolony, a to dopiero pierwszy z 14 czekających go wspólnych poranków.



10:48, rzygajactecza
Link Komentarze (1) »
czwartek, 04 kwietnia 2013

Taksówka w którą, prawie siłą, wpakował Baśkę powoli odjeżdżała spod knajpy. Przejdę się – pomyślał, chociaż było mu zimno i czuł się pijany. Noc była rześka, jasna, a on chciał pomyśleć. To nie tak, że był kochanym Piotrusiem, idealnym mężem, ojcem, synem. Był zwyczajny, miał wzloty i upadki. Potrafił zrobić awanturę o nic i nie odzywać się do Patrycji z banalnego powodu, którego zapominał zanim zaczynał się normalnie zachowywać. Kiedyś, mało brakowało, a zdradziłby Patkę z jej koleżanką ze studiów. Naprawdę mało, ale nie mógł, za dużo wódki. Więc to się nie liczy. Bo gdyby mógł, to wtedy byłby to fakt dokonany i trzeba by przyjąć na siebie winę. A tak? Nie ma zdrady - nie ma winy.

Lubił Baśkę trochę za bardzo. Niekoniecznie romantycznie, choć chwilami sądził, że to kobieta idealna – on w babskiej skórze. Czasem go bawiła, kiedy indziej zaskakiwała, niekiedy zwyczajnie się jej bał. Ale dziś nie wiedział, czy ją rozumie. Ona nie chciała kompromisów. Chciała mieć wszystko, a on wiedział, że tak się nie da.

Doszedł do skrzyżowania przy parku Dreszera i stanął na światłach. W głowie mu szumiało i nie był to przyjemny szum. Pewnie dlatego, że to nie był przyjemny wieczór.

Baśka nie chciała go wysłuchać, przemyśleć i wrócić do normy. Co więcej, Baśka na niego krzyczała! Mówiła rzeczy, które go wkurwiły, ale po latach z Patrycją wolał nie stawać w kontrze. Po co. Ona nie chce słuchać, a on nie zamierza się kłócić.

Ona nie rozumie, jak ma dobrze.

Świat troszkę zawirował i Piotr zauważył, że światła na skrzyżowaniu migają na pomarańczowo.

Kurwa! Musi być późno… Patrycja nie będzie szczęśliwa.

Przebiegł przez Puławską i wkroczył do parku.

Durna baba. Ma własne mieszkanie, kochającą rodzinę, przyjaciół, niezłą pracę i święty spokój. Ma coś w sobie i, gdyby tylko chciała, miałaby faceta. Ale ona wybrzydza. Ten za głupi, tamten za grzeczny, siamten cham. Zostanie sama jak nic. I jeszcze nie będzie wiedziała dlaczego. Przez siebie! Bo zamiast zdecydować się na kogoś, kto chce z nią być ona kombinuje. Po chuj? Co jej szkodzi zacząć normalnie żyć. Wieczna nastolatka!

Był zazdrosny. Nie o seks, ale o zachwyty. Ten kutas nic z siebie nie daje, a ona chodzi w chmurach. Czarek to, sro, owo, powiedział, wymyślił, umiał, zrobił, zadzwonił... Przecież to lamus, dupek, który potrafi tylko oszukiwać, nadrabia miną, okręca ją wokół palca i nie daje nic! A ona będzie go wymyślać po kawałku i tonąć w zachwytach. Dopowie sens każdego jego milczenia i zakocha się w mirażu.

Usiadł na ławce nagle zmęczony całym dniem. A co go to właściwie obchodzi? Teraz powinien się martwić jak wróci do domu, jak jutro pójdzie do pracy, a przede wszystkim tym, czy faktycznie koniecznie muszą spędzić rodzinny weekend z teściami.

Właściwie – pomyślał nagle – wcale nie chcę wracać do domu. Patka będzie się dąsać, że nie odbierał telefonów, młodsze się obudzi i będzie wyć, a jego boli głowa. Posiedzi tu trochę na ławce, bo kto mu zabroni. Okutał się kurtką i zapatrzył w ciemność.

 ***

Baśka jechała do domu umoszczona na tylnym siedzeniu taksówki. Było jej trochę niedobrze, odrobinę słabo i bardzo źle. Obgryzła już dwa paznokcie intensywnie myśląc.

Byłam niegrzeczna do Piotrka. A on nie jest niczemu winny. Dostało mu się, bo… jest facetem i chyba dlatego, że czasem sprawia wrażenie, że wie lepiej jak ja powinna żyć, co czuć, z kim się spotykać, ile jeść, co pić – myślała w rozpędzie. - On tego nie zrozumie. Tej dręczącej bylejakości, wyglądającej z każdego kąta. Ja nie chce tak funkcjonować. Nie chce musieć wracać do domu, do człowieka z którym łączą mnie tylko rachunki i wspólny adres. Odmawiam, żadnej dobrej polskiej rodziny, w której poświęcę się dla kariery męża, który, z dumą, będzie klepał mnie po dupie przy znajomych!

Baśka nigdy nie chciała zapełnić świata schludnymi i dobrze wyczyszczonymi basiątkami, które mówią wierszyki i przynoszą świadectwa z czerwonym paskiem. Chciała chcieć. Potrzebowała kogoś, kto będzie dla niej wyzwaniem, od kogo będzie mogła równać. Byle nie skakał na spadochronie – przebiła się bezsensowna myśl – nie na spadochronie - powiedziała cichutko, do siebie.

- Słucham Panią? – zdziwił się taksówkarz.

- Nie na spachoronie. – wymamrotała stanowczo.

- Ale to samochód jest? Tu nie ma spadochronów.

- Ale szy Pan skacze ze spacho… no z samolotu?

- Nie proszę Pani, nie skaczę.

- A na bungee?

- Nie. Ale chodzę na grzyby.

- Żmije. Żmije są bardzo grośne… - wyszemrała rozpaczliwie – atakują grzybiarzy. Pan się nie boi?

Taksówkarz obejrzał się nieznacznie, dziękując sobie w duchu, że o adres pasażerki dokładnie dopytał chłopaka, który ją doholował do samochodu.

- Eeee… Noszę długie kalosze. – uspokoił ją.

- A, kalosze. To niech Pan nosi te długie takie, o! Wodery. I ochraniacze, jak w futbolu. Bo jak żmija się wybije na ogonie to doskoczy Panu do…– ziewnęła rozdzierająco zapadając w drzemkę.

Spłoszony taksówkarz przyglądał się jej w lusterku. Cholera, pomyślał, może faktycznie? A jak mnie kiedyś taka żmija… i kto by pomyślał, że celują w jaja…



23:02, rzygajactecza
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 kwietnia 2013

Dzień ciągnął się okropnie. Baśka miała wrażenie, że wskazówki na zegarze wcale się nie przesuwają.

Podstępnie zerkała na bogu ducha winny chronometr zawieszony dumnie na ścianie znienacka – tak, żeby przyłapać go na jakimś szachrajstwie, ale nie – tykał miarowo, tyle, że bardzo wolno. Jakby czas postanowił zachować każdą chwilę o ułamek sekundy dłużej.

Telefony odbierała machinalnie. Odruchowo przyjmowała właściwy, profesjonalny ton, ale duchem była daleko od biura. Zawieszona w jakimś półśnie, odgrodzona od rzeczywistości półprzezroczystą ścianą. Metodycznie wykonywała wszystkie polecenia, angażując tylko niezbędne obwody jestestwa. Latała po pudelku i fejsbuku, nie mając siły wziąć się za sensowną pracę. Zresztą to i tak nie miało sensu. Czego by nie zrobiła i tak musiałaby później poprawiać.

 

Telefon wyłączyła. W końcu i tak nie odpowiedział na jej smsa, więc po co miała się denerwować. Da mu czas. Da czas sobie.

- Koniec tego dobrego Mała. Idziemy stąd! – Piotr wkroczył do sekretariatu punkt czwarta.- dzwoniłem już do Patki, dałem znać, że będę późno i będę cierpiał rano. Nie możesz tak się przelewać! Idziemy pić. Odblokujesz się, czy coś. Nie możesz się tak dręczyć. Czas na akcje antystresową!

- Piotruś, nie mam ochoty, wena mi zdechła. Nie chce mi się, wybacz. To nie mój dzień.

- Ta, nie Twój dzień, tydzień i miesiąc. Przestań. Siedzenie w czterech ścianach niczego tu nie zmieni. Musisz wyjść do ludzi, bo się nakręcisz. Więc niniejszym wychodzisz i nie dyskutujesz!

- Kota nakarmić muszę…

- Nie musisz. Jonatan żre suche, nie wkręcaj mnie. Poza tym jest gruby jak hipopotam i wieczór bez puchy dobrze mu zrobi, a na pewno nie zaszkodzi.

- Nawet ubrana nie jestem odpowiednio. I w ogóle…

- Bez dyskusji. Jedziemy.

 

 

***

- Ale bo wizisz… wiziisz… Widisz Piotr – z trudem artykułowała Baśka – Wrasam do domu, a tam kocio… I wizisz… tylko kocio. Ja go kocham. Kocia kocham. Bardzo. Ale szasem kocio się nie nada.. nadaje się. Nie. Bo – o! Zakupów nie przyniesie. Ale przytuii. Fakt. To znaczy ja go. Nie, że on mnie. Bo nie umie. Wiesz Piotr? On nie umie. – zapatrzyła się w dno kufla z rzewnym smutkiem, jakby niekompetencja kocura Jonatana w dziedzinie przytulania Basiek była jej największą zgryzotą życiową.

- I sam tam siezi. Jontek sam. W domu. Bo pańcia pije. Jak smok! – ożywiła się nagle i chlupnęła piwo do końca.

- Baśka, rozejrzyj się kobieto! Tyle chłopów wokół, a ty co? A ty Jontek i Czarek. Czarek i Jontek. Kot i pierdolec. Kota zostaw w spokoju, ale tego pożal się boże dochtora, to ty z życiorysu weź i wypierdol. Ci radzę.

Baśka zamachała ręką oganiając się od skrzypka rżnącego wprost nad nimi skoczną melodyjkę.

- weź mu powiedz. Niech se idzie. Nie chcem go tu. Pszeszkaza mi bardzo. Sio, sio – Baśka odganiała grajka jak kurę, machając rękami.

Banja luka była, jak zawsze wieczorem pełna. Gwar, śmiechy, piękne zapachy, uwijające się kelnerki. Ale Baśka zakrzywiała czasoprzestrzeń. W uroczym i pełnym radości wnętrzu wokół niej krążyło inne powietrze, jakby bardziej gęste, tłumiące kolory. Czuła, że nie pasuje tam, przeszkadza i zabiera jakąś cząstkę beztroski. Miała wrażenie, że ludzie patrzą na nią wrogo, jakby im przeszkadzała. Zarządziła kolejne piwo, żeby przestać zwracać uwagę na to wiszące nad nią potępienie.

- Basieńko, wyjedź gdzieś. Rusz się, zrób coś ze sobą. – prosił Piotr- Zakałapućkałaś się w tej czarkowej sytuacji i czekasz na niego jak na zbawienie. Chuj z nim tańcował! Zrób cos dla siebie.

- Banały. Piotr banały pierdolisz. Weź i zrób. Weź się rusz. Odetnij, zmądrzej, wyładniej i jeszcze zacznij jeździć porsche. I zlikwiduj cellulit na udach. Łatwo powiedzieć. Wyjadę. Ale dokąd? – Baśka wytrzeźwiała lekko, czując narastającą w niej furię. – wyjadę do Koziej Wólki, bo na Teneryfą mnie nie stać. I co tam będę robić? SAMA? Szlajać się po mordowniach? Bo normalnej knajpy nie znajdziesz. Będę siedzieć i ryczeć, albo opychać się ciastkami. Fascynujące. Piotr, Ty wracasz do Patki, która czeka na Ciebie z utęsknieniem, masz do kogo gębę otworzyć. Masz dzieci, które przyniosą Ci laurkę z przedszkola, upierdolą się farbami i musisz się zająć nimi i praniem. Pogadasz przy późnym obiedzie o polityce, cyk do wyrka, Patka zrobi Ci dobrze i idziesz spać. A wiesz jak to jest być samą? – cisza zawisła między nimi. – Wiesz? – rzuciła oskarżycielsko, podnosząc głos – jak to jest tłumaczyć się rodzinie, że trzydziecha na karku, a tu nawet nie dziecka, a chłopa obok niet? Wiesz jak to jest zastanawiać się wieczorem, co z tobą nie tak? Czy ci z ust śmierdzi, czy masz trwałą, pierdoloną dysfunkcję charakteru, która uniemożliwia zawiązanie jakiejkolwiek sensownej relacji? Tobie się wydaje, ze to takie proste. Że mam luz i kasę na waciki. Mam. Tylko nie potrzebuję tych wacików! Potrzebuję kogoś, o kogo mogę dbać i kot będzie dbał o mnie! Kto kupi mi cholerne płatki śniadaniowe! Bo będzie wiedział, że lubię!

- Ale zawsze możesz ko… - przerwał Piotr

- goś poznać Pierdolenie! Kiedy byłeś ostatnio na randce? Pamiętasz jak to zajebiście? Jak zapada krępująca cisza, jak głupio nie wiedzieć czy ten człowiek siedzący naprzeciwko lubi zupę pomidorową, czy ogórkową? Czy go mamusia biła w dzieciństwie i ma traumę? Kiedy zrobisz mu bezwiednie przykrość? Piotr ja lubię muzykę, którą znam, filmy, które oglądałam i facetów z którymi już się kochałam! – rymnęła kuflem o stół, dla podkreślenia wagi swoich słów i zamachała na kelnerkę – Poprosimy jeszcze dwa piwa. Albo może cztery?



22:57, rzygajactecza
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 kwietnia 2013

We wtorek padało. We wtorek miała fatalny humor, a Czarek się nie odzywał.

Poranny tłok w tramwaju przytłaczał, wyciskał powietrze z płuc i nawet głośna muzyka w słuchawkach nie pomagała. Ludzie śmierdzieli mieszanką potu, wilgotnych ubrań i snu jeszcze nieodgonionego do końca.

Na przystanku metro Wierzbno doszło tyle ludzi, że drzwi nie chciały się domknąć, a ktoś nadepnął jej na stopę. Zaklęła wcale nie cicho i stała ze skwaszoną miną z utęsknieniem czekając na moment uwolnienia.

I wszędzie te zakochane pary! Skąd ci ludzie się biorą – myślała – no skąd? Co oni takiego mają, czym sobie zasłużyli, gdzie dali łapówkę, albo komu się podlizali? Pogłośniła muzykę, ale nie zagłuszyła myśli.

Zakotwiczona wielką torebką w tłumie nie mogła wysiąść na swoim przystanku. Z furią pociągnęła za pasek, roztrącając tłum, by w końcu wyjść. Oczy zwilgotniały bez powodu.

Rozłożyła parasolkę i szła pod wiatr, chroniąc twarz przed zacinającym deszczem. Układała w głowie zestaw radosnych rzeczy, które dziś mogą się jeszcze wydarzyć. Zero. A złe? A proszę bardzo! Może jej się złamać obcas, pogiąć parasolka, ten kretyn z ministerstwa znów może dzwonić, a ona, jak mantrę będzie powtarzać, że jasne, wyrobią się w terminie i jeszcze go w dupę pocałują. Może dostać okres! Albo zebrać parę miłych słów za niewinność, a nawet może się zdarzyć, że ktoś czegoś będzie od nie chciał. A ona się nie nadaje. Bo on nie pisze. Dlaczego? Co zrobiła źle? Czym się naraziła? Gdzie tkwił błąd?

Depcząc wściekle po kałużach dotarła do firmy, mignęła kartą przed czytnikiem i weszła do spokojnego biura. Uff. Kawy.

W ekspresie było pełno fusów. Znów któraś księżniczka nie wpadła na to, że jeśli się czegoś używa, to trzeba później posprzątać!

Baśka wytrząsała zawartość pojemniczka, jakby fusy zrobiły jej osobistą i trwałą krzywdę. Wzięła swoją ukochaną, wyszczerbiona filiżankę i dotknęła jej z uczuciem. Prezent od mamy.

Właśnie! Może do niej pojedzie? Pośmieją się, zapomni o sprawdzaniu czy na komórce nie pojawił się symbol koperty? Weźmie mamę na lody! A jeszcze lepiej, na wódkę. Ale to już lepiej Irkę. Po rozmowie z przyjaciółką zrobi jej się lepiej. To pewne. Ale jeszcze się wstrzyma. Jeszcze nie teraz…

Właściwie nie chciała wyjść do ludzi. Było jej źle, smutno i samotnie, ale nie chciała z nikim rozmawiać. Chciała w spokoju pocierpieć i czekać. Bo przecież wszystko będzie dobrze. Musi. Bo Czarek jest fajny i dobry, więc odpisze. W końcu to była niezapomniana noc, więc on da znać, tylko jest bardzo, bardzo zajęty. A jak się obrobi… to ON weźmie ja na lody. Albo na wódkę.

- Cześć Basiu? Jak dziś nastrój? – głowa Piotra pojawiła się w drzwiach a jej ułożenie sugerowało, że właściciel jest już dwa kroki dalej. Widocznie zauważył Baśkę wchodząc z rozpędu.

- A cześć. Dobrze, w porzo jest – powiedziała nieprzekonująco i chlipnęła.

- Nie dzwonił?

- Nie.

- Nie pisał?

- Piotr – warknęła.

- Okej, okej, nie męczę, jakby co, to Patrycja siedzi dziś z dzieciakami, mogę się z Tobą zalać do 19.

- Do 19 to się nie zalejemy. Za mało czasu, chyba, że wypijemy duszkiem po pół litra – wizja właściwie nie była taka straszna.

- Możemy i duszkiem! Ja tam chętnie, nie piłem od miesiąca, bo ciągle ląduję popołudniami z dziećmi, więc dla mnie nie ma sprawy!

- No ale wtedy będziesz mi włosy trzymał, jak będę rzygać do kibla…

- A to nie… - spłoszył się Piotr. – żadnego rzygania. Sam nie lubię i nie lubię jak ktoś… - zwierzył się konfidencjonalnie - wiesz zaraz mam odruch. Musimy pić tak, żebyś nie rzygała.

- Czyli wcale?

- Jak byliśmy na piwie to nie rzygałaś – zauważył z pretensją – trzymałaś się do końca i jeszcze towarzystwo rozprowadzałaś!

- Bo trzy piwa wypiłam. A dziś bym wypiła trzydzieści!

- Ta, pewnie, trzysta od razu!

- Ale trzynaście to na bak!

- Trzynaście czego? Witam Pani Barbaro, Panie Piotrze – Szefowa bezszelestnie wkroczyła do pokoju socjalnego, obładowana posiłkami z diety 1000 kalorii, które dostarczano jej do firmy – Pani Barbaro, poproszę kawę. Tylko z cukrem, nie jak ostatnio! Będę u siebie.

- No i patrz. Raz mówi, że dieta i że bez cukru, a później fochy, że kawa gorzka.

- Za nią nie trafisz. Jutro będzie, że nie schudła, bo kawę jej słodzisz.

- Widzisz Piotruś i ja mam tak zawsze! Chłop nie dzwoni, kawa gorzka i deszcz pada.

- I to wszystko przeciwko Tobie…

- Ech…



21:30, rzygajactecza
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 31 marca 2013

Miesiąc wcześniej

- Jasne, będzie w terminie!- Baśka krzyknęła do telefonu i z hukiem odłożyła słuchawkę. – Znów ten palant… - z rozpaczą poinformowała Piotrka stojącego z kpiącym wyrazem twarzy w drzwiach sekretariatu.

- No co ja mam mu powiedzieć! Szefowa powiedziała, że napiszą w terminie, to chyba napiszą, nie? – w jej głosie pobrzmiewała delikatna rozpacz i całkowity brak wiary w to, co mówiła.

- Nie mędź, choć na papierosa, pogadamy na spokojnie, bo cos za szczęśliwa Ty dziś jesteś kobieto. Nabroiłaś w weekend jak nic!

Baśka, zwinnym ruchem zerwała się z fotela i uśmiechając się tajemniczo ruszyła korytarzem. W firmie było wyjątkowo spokojnie, mogli więc pozwolić sobie na poranne obijactwo. Zawróciła z korytarza po kawę i przenośną słuchawkę i radośnie opuściła stanowisko pracy. Zanosiło się na dłuższą rozmowę z Piotrkiem. Dobrze ją znał i wiedział, że czatowała na moment kiedy będzie mogła, zalać go swoimi sobotnimi doznaniami w temacie Czarka.

Czarek, co za palant, myślał Piotrek. Skąd ona go wytrzasnęła! Przecież nie jest głupia, a mężczyzn dobiera z jakiegoś masochistycznego klucza. Najpierw ten Policjant, który sądził, że posiadanie blachy powoduje, że jest panem świata, następny - żonaty, z milionem problemów, które mu rozwiązywała… Arek mu chyba było. Później jakiś facet z randek internetowych, który pod prysznicem śpiewał Ave Maria, a teraz ten… Niby lekarz, niby normalny, ale… coś z nim nie tak. Piotrek nie wiedział jeszcze do końca co, ale coś nie grało!

- No więc przyjechał! Był taki romantycznie milczący, skupiony taki, wiesz? Pojechaliśmy do niego, no bo w końcu nie przyjechał patrzeć mi w oczy. Pokręciliśmy się najpierw po mieście, nie powiem. Spacerek, piwo w pubie, ale… Wiedziałam, że tak się skończy. – chichotała - No fajny jest… Piotruś, nie patrz tak! Nie ma żony, nie mieszka z mamusią, nie ma munduru i nie śpiewa! Słowo! – Baśka trajkotała, jak nakręcona, poprawiając włosy spięte w luźny, romantyczny kok. W ogóle dziś była cała romantyczna. Jak zwykle jej nastrój odbijał się w wyglądzie. Różowa bluzeczka, z jakimiś koronkami, spódniczka w kwiaty, sandałki na obcasiku, jakaś szmata zamotana na szyi, loki i cukierkowy błyszczyk na ustach.

Piotr patrzył ironicznie i czekał, aż słowotok go zaleje. W gruncie rzeczy lubił nawet tą moc z którą przekonywała go, a może raczej siebie, że Czarek na raz - nic dla niej nie znaczy i jest boski! Wspaniały! Cudowny!

- No i wiesz – kontynuowała niezrażona – pogadaliśmy trochę. On ma taaaaaką wiedzę.

- Jak to lekarz – wtrącił półgębkiem Piotr zaciągając się papierosem.

- Właśnie – podchwyciła – jak to lekarz z zacięciem do spraw technicznych i historii! Tyle ciekawych rzeczy mi mówił, o tej ostatniej konferencji, o tym czego chce od życia, że dorósł, że wie, co chce robić, że znalazł swoje miejsce na ziemi.

- W Szczecinie?

- No tak – powiedziała niepewnie zdając sobie sprawę z każdego kilometra, który dzieli Szczecin od Warszawy. Jej Warszawy.

- I nie ważne, że Cię wtedy wystawił?

- Oj wystawił, wystawił, tak się ułożyło. To nie była tylko jego wina. Moja też nie, ale on po prostu nie miał jak do mnie dojechać. - Nie chciała teraz o tym mówił. Nie mógł wtedy pojechać z nią do Dąbka. Nie mógł, trudno. Wtedy bardzo to przeżyła, ale teraz? Jakie to ma znaczenie?

- Pamiętasz, jak wtedy ryczałaś? Jak prochy na uspokojenie żarłaś? Jak imprezowałaś później na odtrutkę?

- Pamiętam… Ale to było wtedy. Teraz jest teraz. Sam widziałeś. Smsował, prosił, pytał. No wiesz… Przecież ja go nie chcę za męża! – zaperzyła się – Przecież to taki romansik, taka drobna… przyjemność – dokończyła niezręcznie i coraz mniej pewnie.

- Basiu… Basiu, ja bardzo chcę, żebyś była szczęśliwa, żebyś sobie poukładała. Ale, ten facet ma Cię w dupie. Odbija swój obraz w Twoich oczach i onanizuje się Twoim zachwytem. Podoba mu się ten człowiek, którego Ty widzisz.

- Piotr, proszę Cię. Przecież ja to traktuję lajtowo. Bez zobowiązań, bez spinki. On mi się tak podoba… Taki prawdziwy facet! Duży, silny, opiekuńczy… - rozmarzyła się.

- W czym niby taki opiekuńczy? Baśka! Zejdź na ziemię! Żyje sobie swoim życiem, raz na jakiś czas, z łaski smsa wyśle, a Ty bujasz w obłokach. Co się z Tobą dzieje? Kobieto! Co Ty o nim właściwie wiesz?

- Papierosa daj! – wyciągnęła rękę, coraz bardziej niezadowolona – No daj, daj, skąpiradło jedne! I tak już wróciłam do papierochów, tylko nic nie mówiłam. Dużo wiem! Wiem gdzie pracuje, jak się nazywa, kiedy i gdzie się urodził! Wiem, że jest fachowcem i ma poronione poglądy polityczne! – dodała tryumfująco – wiem… Wiem jeszcze, że ma poczucie humoru. I lubi jak dziewczyny noszą bluzeczki na guziczki. I muzykę lubi. I jeść też.

- No to normalnie – wiesz wszystko! Przypominam Ci też, że wiesz, że miał dziewczynę! Dlatego ostatnio zwiałaś mu sprzed nosa. Ma jeszcze?

- No… Chyba nie. Przecież nie poszedłby ze mną do łózka mając. Wie, co o tym myślę – zapaliła papierosa, głęboko się zaciągając i przymykając oczy. Podglądała minę Piotra, wiedząc, co teraz będzie. Jak stara ciotka, będzie gderał! Nastawiła się na tyradę, przygotowując umysł na wyłączenie, ale Piotr ja zaskoczył. Popatrzył tylko jakoś z litością, spokojnie.

- Choć Basiu. Skończ palić i choć, robotę mamy.

Wstała niechętnie, bo miała jeszcze tyle do opowiedzenia, ale wiedziała, że lepiej skończyć. Piotr nie miał już ochoty słuchać o tym co i jak wyprawiała z Czarkiem. Szkoda… Tak chciała o tym mówić. Jak było uroczo, romantycznie, intymnie. Chciała ubrać w słowa swoje myśli i odczucia, nazwać je i oswoić, bo… kotłowało się w niej.

Ale Piotr już był przy drzwiach palarni, a telefon w dłoni zaczął irytująco dzwonić. No cóż, poniedziałek, wracamy do rzeczywistości.

 

***

Zbierała się już do domu. Bezładnie wrzucała do torebki drobiazgi rozwalone po biurku. Jeszcze raz sprawdziła komórkę. Nic. Ani pół wiadomości, ani kawałka nieodebranego połączenia. Czarek nie dał znaku życia.

Od rozmowy z Piotrem miała coraz gorszy humor. Niby nie powiedział nic, czego by już nie wiedziała, ale… Nie podobało jej się to wszystko. Nastrój tej rozmowy był inny niż przewidywała. Chciała podzielić się radością, podnieceniem, które odczuwała na samą myśl o Czarku… A Piotr… Gdyby go nie znała, pomyślałaby, że jest zazdrosny. Ale nie był. Był serdeczny i to było jeszcze gorsze.

No tak. Poszła do łóżka z człowiekiem całkowicie jej obcym, zamkniętym dla niej jak sejf. Tylko dlatego, że był przystojny i małomówny. Dlatego, że kręcili się koło siebie od lat i w końcu … no cóż. Była okazja. A on jest taki… taki fascynujący. Inny. Daje poczucie pewności i spokoju.

Była na siebie zła. Bo czekała na znak. Telefon, sms, cokolwiek. Nie chciała, żeby to był przypadkowy seks i wierzyła, że nie był. Wolała myśleć, że on teraz o niej myśli i marzy, jak ona o nim. Nie wybiegała w przyszłość, bo fakt, ten Szczecin. Ale co że Szczecin! Miasto, jak miasto! Dobra sekretarka znajdzie tam pracę bez problemu! A on co? Jakby chciał, to może przeprowadzić się do Warszawy! Szpitali tu dostatek.

Wyobraziła sobie Czarka leżącego na kanapie w jej mieszkaniu. Wyobraziła sobie jego rzeczy w jej szafie i rozkoszny dreszcz przebiegł jej po plecach.

Oj tam! Mamy XXI wiek. Ona wyśle smsa! A co?



00:44, rzygajactecza
Link Dodaj komentarz »

Szła ulicą i płakała. Łzy kapały z ostro zakończonej brody na biała bluzkę widoczną spod rozchełstanego płaszcza. Płakała teatralnie, z pełną świadomością tego, jak wygląda. Bądźmy szczerzy, wyglądała koszmarnie. Żadna normalna kobieta rycząc jak bóbr nie prezentuje się ponętnie. Czerwone plamy rozlewały się na twarzy, makijaż był wspomnieniem, nos wydawał dziwne organiczne i lepkie dźwięki, całkowicie niezależnie od właścicielki. Co gorsza, raz na jakiś czas na koszmarnej twarzy pojawiał się dziki uśmiech, a z piersi wyrywał się szatański chichocik. A Baśka szła warszawską ulica na raz wściekła, zrozpaczona i cholernie szczęśliwa…

To był najszczęśliwszy i najgorszy dzień w jej życiu. Wygrała w lotto 20 milionów. I straciła faceta swojego życia. Kolejnego. Tym razem tego Jedynego.



00:43, rzygajactecza
Link Dodaj komentarz »
Wszystkie prawa zastrzeżone